Jeżeli chcesz mnie dodać do listy blogów i widzieć nowości, dodaj do linków pełny adres kanału RSS: http://szpinakowawrozka.blogspot.com/feeds/posts/default?alt=rss

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Zbiorczy post przed zniknięciem

Tak, tak, znikam, ale tylko na jakiś miesiąc. Powody zapewne wiadome wszystkim, zwłaszcza w moim wieku- nadchodzi ten miesiąc, w którym można całą swoją pracę przypieczętować i otworzyć sobie drogę ku wymarzonym studiom... lub ją skiepścić i czekać w stresie na poprawki.
Tak, właśnie w tak histeryczny sposób podchodzę matury. :)

Tak jak obiecałam na fejsbuczku, post będzie zbiorczy, bezprzepisowy.

Zacznę od opisu mojego urodzinowego prezentu, czyli automatu do robienia mleka roślinnego, zwanego przeze mnie "robiaczem". Obiecałam napisać, czy jestem z niego zadowolona.


Wygląda jak na zdjęciu po lewej.
Ogólnie bardzo się z niego cieszę, mile mnie zaskoczył, choć wad mu nie brakuje.
Plusy
1. Mleko jest smaczne! Do filtra (tego metalowego) wchodzi jedynie 60g suchego produktu na ponad litr płynu, ale urządzenie naprawdę wyciąga z materiału wszystkie soki. Działa dużo bardziej wydajnie niż człowiek przy ręcznej produkcji. Robiłam jak dotąd mleko sojowe, z orzechów laskowych i owsiane. Jedynie to ostatnie wyszło niesmaczne (wodnisty glut), ale może to wina płatków. Podejrzewam, że lepsze by wyszło przy użyciu całego ziarna owsa.
2. Szybkość przygotowania. Wrzucasz namoczone ziarna soi lub cokolwiek innego (ale z suchych ponoć też da radę) do filtra, wcześniej nalewasz wodę do dzbanka, włączasz i nic cię nie obchodzi. Po 20 minutach mleko gotowe.
3. Urządzenie nie jest bardzo drogie- kupicie je na Allegro za ok. 170zł. Po jakimś czasie koszta się zwracają, bo cena litra mleka jest sporo niższa (nawet uwzględniając zużyty prąd) od tego ze sklepu.
Minusy
1. Mycie. Nie ma chyba nic upierdliwszego do zmywania, serio. Filtr ciężko jest doczyścić, a musi być on wyczyszczony idealnie, bo mleko nie wyjdzie przy niedrożnych sitkach. Najlepiej używać do tego szczoteczki do zębów. Trudna do umycia jest też grzałka. W ogóle problematyczne jest to, że część robocza jest na stałe połączona z silnikiem. Jest ona najbardziej ufajdolona, ale trzeba jednocześnie uważać, żeby nie zamoczyć silnika. A na koniec trzeba umyć zsyp. Ja to robię w ten sposób, że stawiam całość na ociekarce, wlewam do zsypu wodę cienkim strumykiem, a potem jeszcze przpycham przez niego zmięte papierowe ręczniki. Uf!
2. Nie można regulować ilości robionego mleka ani jego gęstości. Można wrzucić tylko maksymalnie 60g suchego produktu, a wody trzeba koniecznie wlać pomiędzy 1,1 a 1,3 litra. Mnie gęstość tego mleka odpowiada, ale chciałabym też móc zrobić czasem gęstsze.
3. Mimo deklaracji na stronie produktu, sporo farfocli przenika przez filtr do mleka, ale to nie przeszkadza- póżniej opadną na dno naczynia. Wystarczy mleka przed użyciem nie wstrząsać.





W moim mniemaniu ilość plusów i minusów się równoważy. Zakup takiego robiacza wymaga rozważenia (zależy ci tak bardzo na naturalnym i tanim mleku, że jesteś gotowy/gotowa na regularną katorgę zmywania?). Ja uparłam się jednak, że przyzwyczaję się do tego, dojdę do wprawy i będę zmywać jego części sprawniej.

(po prawej mleko z orzechów laskowych- najcudowniejsze!)






18 kwietnia obchodziłam 19 urodziny. Nie mam teraz wiele czasu na pieczenie, więc zajęła się tym moja mama.




Przy marchewkowym były prawdziwe fajerwerki! Wszystko idealne: ciasto mokre, korzenne, z lekko chrupiącymi orzechami, słodkie (ale nie za bardzo). Krem lekki, delikatny, orzechowy, nawet łyżkami można go wyjadać.
Zdecydowanie najlepsze marchewkowe w moim życiu!




Piegus już fajerwerków nie wywołał, ale też był bardzo smaczny- tylko trzeba lubić mak. Dziwne, że dodatek jabłek spowodował niedopieczenie się ciasta pośrodku. Ale, co najważniejsze, samo ciasto nie jest na suche. Fajnie smakuje z dodatkiem kremiku od ciasta marchewkowego.

Przy okazji mogę już napisać coś o kolejnym produkcie od Emako- jak się domyślacie, jest to silikonowa forma ze zdjęcia. Można ją kupić tu.
Napiszę o niej więcej, gdy samodzielnie ją wytestuję, ale już mogę wyrazić się o niej pozytywnie. Widać od razu, że jest wykonana porządnie, z dobrej jakości silikonu. Po nagrzaniu nie śmierdzi, a warstwa silikonu jest na tyle gruba, że forma tak się nie odkształca- a to jest zdecydowanie plus. Nic do niej nie przywiera i łatwo się ją myje, jak to przy formach silikonowych. Jest nieco mniejsza od tradycyjnej, blaszanej keksówki, dzięki czemu można piec ciasta i chleby w mniejszych porcjach.
Dodatkowo cena jest niska. Naprawdę warto się w taką formę zaopatrzyć.




A oto moje wegańskie czytadła na okres pomaturalny: "Nowoczesne zasady odżywiania" (czyli "The China Study"), "Widelec zamiast noża" oraz "Vegan pie in the sky"- książka autorki bloga The Post Punk Kitchen- jest to jedna z moich ulubionych zagranicznych stron kulinarnych. Mam też chrapkę na inne jej książki, ale może innym razem. Dwie ostatnie książki zakupiłam w Wegarni, czyli wegańskiej księgarni. Fajne przedsięwzięcie- wspierajcie! Jeśli tylko chcecie kupić jakąś książkę o weganizmie, to uderzajcie tam. Jest naprawdę spory wybór (najchętniej kupiłabym stamtąd wszystko).


To tyle. Tym postem żegnam się z Wami na okres moich matur.
Trzymajcie za mnie kciuki w dniach od 7 do 10 maja, potem jeszcze 15 i od 22 do 23 maja. Będzie ciężko, ale jestem dobrej myśli. Byle stres nie zawładnął moim umysłem, a będzie dobrze.
Po wszystkim mam nadzieję dostać się na historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, zrobić licencjata, a później studiować grafikę na ASP. A jak się nie uda, to zrobię magistra z historii sztuki. W każdym razie, chcę związać swoje życie ze sztuką, no i bardziej aktywnie uczestniczyć w różnych akcjach, demonstracjach na rzecz słusznych spraw.
W wakacje chcę odkurzyć mojego drugiego, bardziej niszowego bloga, na którym, mam nadzieję, zaroi się od prac plastycznych.
Nie zapomnicie?

środa, 17 kwietnia 2013

Falafele i recenzja młynka Houseware

Jak widzicie, moja aktywność blogowa znacznie spadła. No cóż, mnie też się to nie podoba, ale są pewne priorytety. Byle do końca maja, chociaż później również czeka mnie stres związany z oczekiwaniem na wyniki i przyjęciem na uczelnie... Ale już inna historia.

Dostałam propozycję współpracy ze sklepem Emako. Asortyment może nie jest bardzo rozbudowany, ale produkty są ciekawe i w dodatku dość tanie- czemu nie! Dostałam możliwość wyboru do przetestowania produktów o maksymalnej wartości 50zł razem.
Jedną z rzeczy, które wybrałam był ten młynek firmy Houseware.
Wielce się na nim zawiodłam, ale o tym za moment. Zacznę od czegoś przyjemniejszego, czyli od falafeli.

Do falafela miałam kilka podejść z różnych przepisów. Wreszcie znalazłam ten oto puszkowy przepis (klik). Zmodyfikowałam go w oparciu o rady na różnych forach i blogach i oto jest- falafel perfekcyjny!

Sekretem jest tutaj cieciorka namoczona w wodzie z sodą, niezbyt wiele mąki w roli zagęstnika, aromatyczne przyprawy, i (niestety) hojna ilość dobrze rozgrzanego oleju do smażenia. Nie trzeba ich smażyć w głębokim oleju, ale trochę musi go być. Dlatego też staram się pozwalać sobie na ten przysmak niezbyt często, używam dobrej jakości oleju (rzepakowy, nierafinowany i tłoczony na zimno) i w taki dzień rozpusty ograniczam tłuszcze w innych posiłkach.
Może to i kupa kalorii, ale wierzcie- warto czasem zgrzeszyć, bo wrażenia smakowe są niezapomniane!






Składniki na ok. 2-3 porcje

  • 1/2 szklanki ciecierzycy
  • pół łyżeczki sody
  • 1/2 małej cebulki
  • ząbek czosnku
  • natka pietruszki- ilość wg uznania
  • 1/2 łyżeczki ziaren kolendry
  • 1/2 łyżeczki kuminu (nawet trochę więcej)
  • sól, pieprz
  • 1-1 i 1/2 łyżki mąki kukurydzianej (nie więcej!)
  • odrobina oleju do masy i do smażenia
Ciecierzycę zasypujemy sodą i zalewamy wodą, moczymy przez noc. Następnego dnia płuczemy na sitku. Wrzucamy do sporego naczynia razem z posiekaną cebulą, czosnkiem, pietruszką (jeśli chcecie uniknąć zielonego koloru, można ją dodać posiekaną po zmiksowaniu), kolendrą, kuminem, solą, pieprzem. Miksujemy wszystko bardzo dokładnie blenderem. Jeśli masa jest mocno sucha, dodajemy odrobinę oleju. Całość wyrabiamy dłonią dodając mąkę. Masa będzie dość luźna, ale o to chodzi- dzięki temu falafele nie staną się zbyt suche po usmażeniu.
Dłońmi formujemy zgrabne kulki (mogą być różnej wielkości- moje są większe, w charakterze kotlecików do kaszy i surówki; jak chcecie je wrzucić do pity, zróbcie malutkie) i lekko spłaszczamy dłonią. Rzucamy na sporą ilość gorącego oleju (ale falafele nie muszą w nim pływać). Smażymy dość krótko na średnim ogniu z każdej strony, aż porządnie się zrumienią. Osączamy na papierowym ręczniku.

Podajemy z dowolnymi dodatkami, wśród których koniecznie muszą się znaleźć jakieś warzywa i sos- u mnie czosnkowy z tofu.

Smacznego!











Przejdę do młynka.
Niestety, ale muszę użyć bardzo nieprzyjemnego słowa- bubel.
Z początku w ogóle nie mogłam załapać, jak się do niego dobrać, gdzie wsypuje się przyprawy itp. W końcu mój tata pomógł mi do tego dojść.
Gdy już wsypałam do środka kolendrę (a propos przepisu, w którym pojawia się ta przyprawa), okazało się, że prawie nic nie chce lecieć! Od dołu lecą śladowe ilości przyprawy. Nie wiem, jak długo miałabym terkotać tą "innowacyjną dźwignią umożliwiającą mielenie jedną dłonią", aby zemleć wystarczającą ilość przyprawy. Zauważyłam też, że na dłuższą metę ściskanie tego młynka jedną ręką jest bardzo męczące.
Gdy próbowałam sama dojść do tego, gdzie należy otworzyć młynek, aby wsypać przyprawy, odkręciłam śrubkę, która miała za zadanie regulować grubość ziaren. Zobaczyłam wtedy, że w gruncie rzeczy mechanizm jest dość badziewny. Nawet gdyby dało się z niego normalnie korzystać, długo by chyba nie pociągnął. Na stronie produktu są co prawda dwie pozytywne recenzje, ale nie wiem już czy to mistyfikacja (ten język...) czy po prostu mój egzemplarz jest jakiś wybrakowany.
Tak czy inaczej, nie polecam. 
Zdecydowałam się na młynek, bo sama żadnego nie mam. Trzeba będzie kupić zwykły kręcony lub elektryczny, nawet jeśli będzie trochę droższy niż ten.

Mam jeszcze jeden produkt do przetestowania, ale to przy innej okazji. Wygląda dość solidnie i myślę, że tym razem się nie zawiodę.




niedziela, 7 kwietnia 2013

Wegański żurek- bezziemniakowy i warzywny!

Wiem, że wiele z Was najadło się żurku w święta, ale musiałam koniecznie do miliona wegańskich przepisów na tę zupę dorzucić swój. Dlaczego?
Przede wszystkim dla tego, że to dla mnie odkrycie roku i mega zaskoczenie. Nie wierzyłam, że żurek może być w jakiejkolwiek postaci smaczny. Okazało się jednak, że jak wyrzucić z niego przypaloną "tradycyjną" kiełbasę, to nagle odkrywa się wielki potencjał w zupie na bazie zakwasu.
Po drugie- mój jest inny.
W żurku z reguły nie pływają warzywa. Nawet jeżeli gotuje się na nich bulion, to później i tak się je wyrzuca. A ja właśnie chciałam, żeby kawałki słodkich warzyw korzeniowych kontrastowały z kwaśnym wywarem.
W mojej rodzinie nie wyobrażano sobie nigdy żurku bez ziemniaków. Jak już wiele razy nadmieniałam- nie znoszę ziemniaków w zupie. Dzięki temu jeszcze bardziej zyskał dla mnie na smaku.
Tempeh wędzony i śmietanka owsiana dopełniają całości tak genialnie, że aż uroniłam łezkę wzruszenia na śniadaniu wielkanocnym.
No dobra, może to przesada, ale wierzcie- nieduża. :)





Składniki na 3 porcje
  • 2 duże marchewki
  • 1 spora pietruszka
  • 1/4 średniego selera
  • duży ząb czosnku
  • cebula
  • kilak ziarenek ziela angielskiego
  • 2 listki laurowe
  • odrobina soli
  • ok. litr wody (dałam chyba nieznacznie mniej)
  • słoik skoncentrowanego zakwasu na żurek 340g (marki Rolnik- wg producentów słoik starcza na 3 litry, ale to nie prawda- w ten sposób wyszłyby jakieś popłuczyny...)
  • majeranek- sporo
  • 200g wędzonego tempehu
  • odrobina oleju do smażenia
  • śmietana owsiana do podania
Marchew, pietruszkę, seler, czosnek, cebulę obieramy. Marchew i pietruszkę kroimy w średniej grubości plastry, seler w kosteczkę a cebulę- w cząstki. Wszystkie warzywa wrzucamy do garnka razem z zielem angielskim, liśćmi laurowymi i odrobiną soli. Zalewamy wszystko wodą i wstawiamy na gaz. Po zagotowaniu zmniejszamy go znacznie. Gotujemy ok. 30 minut. W międzyczasie rozgrzewamy na patelni odrobinę oleju (niedużo, bo tempeh jest już tłusty). Tempeh pokrojony w kosteczkę wrzucamy na patelnię i podsmażamy na rumiano. Do gotującej się zupy dodajemy skoncentrowany zakwas, mieszamy, aż się dokładnie rozprowadzi i rozpuści. Po chwili dodajemy tempeh i majeranek. Gotujemy 20 minut mieszając od czasu do czasu.
Najlepiej smakuje na drugi dzień- gdy zupa się schłodzi przez noc, smaki się dobrze przegryzą.
Żurek podawać gorący ze śmietanką owsianą. Można zagryźć pieczywem.
Smacznego!





Wegańska Wielkanoc

Jedz warzywa!

Jedz owoce!

Ananas (1) Arbuz (1) Avocado (6) Banany (16) Borówki (3) Brzoskwinie (2) Czereśnie (1) Gruszki (5) Jabłka (11) Jagody (4) Kiwi (1) Maliny (2) Mango (1) Nektarynki (1) Papaja (1) Pomarańcza (2) Suszone owoce (24) Truskawki (11) Wiśnie (4) Śliwki (4)

Strączkowe itp.

Bób (4) Ciecierzyca (4) Fasola (10) Fasolka szparagowa (1) Groch (2) Groszek (4) Soczewica (7) Soja (6) Tempeh (2) Tofu (29)

Kuchenne podróże